JESIEŃ 2011

Dnia 8 października 2011 r. rozpoczęła się wymiana niemiecko-polska pomiędzy młodzieżą z Buxtehude i Dzierżoniowa. O 13:30 polscy uczniowie wraz z opiekunami wyjechali do Wrocławia po niemiecką młodzież. O 15:40 polska młodzież serdecznie powitała niemiecką na stacji PKP we Wrocławiu. Wszyscy uczestnicy szybko nawiązali między sobą świetny kontakt. Po powrocie do Dzierżoniowa pary rozjechały się w kierunku swoich domów, by odpocząć po wyczerpującej podróży.

Dzień 10 października rozpoczęliśmy od integracji uczniów z Polski i Niemiec w naszym liceum. Podczas dwóch godzin lekcyjnych nasi koledzy z klasy mogli dowiedzieć się różnych ciekawostek na temat życia w Niemczech i nauki w tym kraju. Po obejrzeniu  szkoły udaliśmy się na wieżę dzierżoniowskiego ratusza, gdzie pani od geografii pokazała nam i omówiła otaczający nasz region krajobraz. Następnie pojechaliśmy do Krzyżowej – malowniczej wsi na terenie byłego majątku rodziny von Molke. Zwiedziliśmy tam XVIII-wieczny Pałac i budynki skupione wokół dziedzińca, a nasz przewodnik opowiedział historię tego miejsca. Później wyruszyliśmy do Świdnicy, gdzie pokazaliśmy naszym niemieckim gościom część tego miasta, a także podziwialiśmy największy drewniany Kościół w Europie – Kościół Pokoju, wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO. Uważam, że był to wspaniały dzień. Zobaczyliśmy i dowiedzieliśmy się wielu ważnych i interesujących rzeczy o kulturze polsko- niemieckiej i poznaliśmy zabytki naszego regionu.

 

 

Dnia 11 października pojechaliśmy do sztolni. Jak co dzień wyjechaliśmy o 9 rano. Podróż była dość krótka i bardzo przyjemna. Wszyscy rozmawiali ze sobą, słuchali muzyki. Powoli zaczęliśmy się przed sobą otwierać i poznawać. Okazało się, że mamy wiele wspólnego i nie różnimy się aż tak bardzo, jak się nam na początku wydawało. Krępowaliśmy się jeszcze swoim towarzystwem i nie zawsze wiedzieliśmy co powiedzieć, ale przełamywaliśmy bariery językowe i coraz bardziej się lubiliśmy. Tak dobrze nam się rozmawiało, że nie zauważaliśmy okropnej pogody za oknem, gdzie ciągle padało i wiało. Gdy dotarliśmy na miejsce wszyscy biegli z autobusu do budynku, aby się nie zmoczyć w strugach deszczu. Po chwili czekania poszliśmy zwiedzać sztolnie. Było tam dość ciemno, wilgotno i zimno. Przewodnik był bardzo miły, ale opowiadał zbyt dużo, dlatego trochę się nudziliśmy, zwłaszcza polska młodzież, dla której te informacje nie były nowością. Jednak Niemcy wydawali się być bardziej zadowoleni, myślę, że przejęli się tym co słyszeli. Niesamowite było to, że w końcu przełamaliśmy stereotypy. Po tylu latach, po wojnie, polska młodzież wraz z niemiecką odwiedzała miejsce, gdzie niemieccy żołnierze zmuszali do ciężkiej pracy innych ludzi w czasie działań wojennych. Rozmawialiśmy o tym i Niemcy zdali sobie sprawę, że nie mamy do nich wyrzutów, bowiem to ich przodkowie, a nie oni nas skrzywdzili. Dla nich była to lekcja historii, jakiej w Niemczech nie mieli szansy mieć. Najlepszym momentem było zakończenie, kiedy przewodnik zabrał nas do ciemnego miejsca i poprosił o minutę ciszy, jako uczczenie pamięci zmarłych.  Wtedy zaczęła rozbrzmiewać muzyka i dźwięki pracy, a na ciemnej przestrzeni zaczęły się zapalać światełka oświetlające figury pracowników, na koniec obok nich znicze. Uważam, że to najlepsze zakończenie wykładu o tak trudnej tematyce. Następnie miało odbyć się ognisko, ale ze względu na złą pogodę, my usiedliśmy w budynku, a panie z tamtejszego baru upiekły nam na grillu kiełbaski. Wszyscy głodni jedli z wielkim zadowoleniem. W czasie posiłku oczywiście rozmawialiśmy i żartowaliśmy. Każdy mógł powiedzieć co myśli o wycieczce i nad czym rozmyślał. Można było wciąż zauważyć podział Polacy i Niemcy, ale te dwie grupy zaczynały się już łączyć. Kiedy wracaliśmy naszym małym autobusem nie byliśmy zmęczeni, więc rozbrzmiewały śpiewy i różne krzyki. Większość z nas po skończonej wycieczce wybrała się wspólnie do Rościszowa, aby dalej spędzać czas. Na pewno nie była to tak interesująca wycieczka jak do Wrocławia czy na Szczeliniec, ale dała nam wiele do myślenia o tematach, o których staramy się zapomnieć i nie rozmawiać, kiedy spotykamy Niemców. My przełamaliśmy stereotypy i zdaliśmy sobie sprawę, że o naszej przeszłości trzeba rozmyślać i rozmawiać.

Dnia 12 października roku 2011 mieliśmy okazję pojechać na wycieczkę w Góry Stołowe razem z naszymi gośćmi z Buxtehude. Spotkaliśmy się około godziny dziewiątej w okolicy naszego liceum. Byliśmy bardzo szczęśliwi, że możemy się ponownie spotkać i spędzić razem ten czas. Podróż do Karłowa (jest to mała wieś u podnóża celu naszej wyprawy) trwała ponad dwie godziny, czego w ogóle nie odczuliśmy. Cały czas rozmawialiśmy ze sobą i śmialiśmy się w najlepsze. Bariery językowe, jakie mieli w sobie polscy, jak i niemieccy uczniowie, zostały przełamane. W trakcie podróży, Pani Jadwiga Połcik, nasza nauczycielka geografii, opowiadała nam ciekawostki związane z okolicami Nowej Rudy, przez którą przejeżdżaliśmy, jak i okolicznych gór. Całość tłumaczyły na język niemiecki Panie Katarzyna Rogowska, Marta Sasik oraz Joanna Paraciej. Nasi goście byli bardzo zaciekawieni historią geologiczną okolic. Wszystkie te czynniki stworzyły niesamowitą atmosferę, dzięki której tak szybko znaleźliśmy się u podnóża Szczelińca Wielkiego (919 m n.p.m.).

Po wyjściu z autobusu od razu ruszyliśmy w stronę góry. Spacerem minęliśmy mała wioskę, o której wcześniej wspomniałem; Karłów, ze swoim malowniczym położeniem wśród najpiękniejszych wzniesień Kotliny Kłodzkiej, sprawia wrażenie niezwykłego miejsca, jakby z bajki. Zimą musi być tam jeszcze piękniej. Szlak składał się z kilkuset dobrze ogrodzonych schodów, wejście bez nich na górę byłoby bardzo niebezpieczne ze względu na wszechobecne skały, które porośnięte mszakami i innymi roślinami, wyglądały jak nie z tego świata. W trakcie wejścia mieliśmy przerwy, które pozwoliły nam zaczerpnąć haust świeżego, górskiego powietrza. Przeprawa była bardzo męcząca. Bolały nas nogi, lecz nieustannie rozmawialiśmy, z uśmiechami na twarzy wędrowaliśmy dalej, a kres naszych podbojów, był coraz bliższy. Niezwykłe jest to, że gdy weszliśmy na samą górę Szczelińca Wielkiego, nikt nie zauważył, gdzie jesteśmy. Dookoła były drzewa, które ze względu na sąsiedztwo wielu wystających skał tworzyły iście księżycowy krajobraz, nabierały najdziwniejszych kształtów. Dopiero oznaczenia wskazujące na taras widokowy oraz opowiadania Pani Profesor Połcik, która jest przewodnikiem w Górach Stołowych, nieco rozjaśniły nasze umysłu i pozwoliły wejść na wysunięty w stronę Republiki Czeskiej, taras widokowy. Przed nami rozciągał się piękny widok, na lasy i pola, miasta i wioski, góry i niziny, a wszystko spowite w delikatnej, wilgotnej mgle. Piękny poranek. Przez środek lasu, przechodzącego w żywo zieloną polanę, biegła granica, między Polską, a Czechami. W oddali widać było niewielkie Broumov, czeskie miasteczko, które słynie ze swoich pięknych, ciasnych uliczek, otoczonych niewielkimi, kolorowymi kamieniczkami. Szkoda, że kochają je tak tylko Czesi. Czas na zdjęcie i ruszamy dalej!
Nasza Pani przewodnik, oprowadzała nas po niesamowitych formacjach, które to okalają cały szczyt góry. Aby przejść przezeń należało się niejednokrotnie schylać, kucać, czy nawet… skakać. Widzieliśmy wiele ciekawych pomników przyrody nieożywionej. Małpolud, Wielbłąd, czy też Piekiełko. Z każdą z nich związana jest jakaś legenda, którą mieliśmy okazję wysłuchać. Wszyscy czuli się jak w niezwykłej bajce. Co kilkadziesiąt metrów wchodziliśmy na coraz to nowe punkty widokowe, dzięki czemu obejrzeliśmy panoramę z wzniesienia z każdej strony. Niezwykłe było też to, iż z każdym nowym spojrzeniem na okolice z miejsc do tego wyznaczonych, mgła spowijała wszystko coraz bardziej, aż w końcu „przepływaliśmy” przez mleko, które nadało całej sytuacji jeszcze bardziej niezwykłej atmosfery. Zaszliśmy tak głęboko, że nawet byliśmy… w Piekle! Stanęliśmy na samym dole wielkiego wąwozu, w którym było tak ciemno, a niebo tak dalekie się wydawało. Tu trafiali wszyscy źli ludzie, jakich miały okazje nosić na swych grzbietach Góry Stołowe, lecz nie tylko tych złych ponosiły; po ich szczytach wędrował sam Johan Wolfgang von Goethe! Legenda głosi, iż niezwykłe mgły, jakie tu ujrzał (a razem z nim i my) wpłynęły na jego niezwykłą balladę pod tytułem „Der Erlkönig”. Opis tego zjawiska atmosferycznego jaki w niej zawarł był pełen najwspanialszego kunsztu literackiego, była ono obecne wszędzie i nadawało całemu utworowi czegoś tak niezwykłego, że każdy, kto przeczytał owe dzieło, pamięta o nim do końca swych dni. Czas naglił i powoli zbliżaliśmy się do autokaru, w którym wszyscy mimo niezwykle bolących nóg, ciągle świetnie się bawili. Kierunek – Duszniki-Zdrój, Muzeum Papiernictwa! XVI-wieczny budynek młyna papierniczego jest unikatem na skalę całej Europy. Wnętrza zostały zachowane w niezwykłej, staroświeckiej atmosferze. Na samym początku ubraliśmy się w fartuchy i zaczęliśmy… czerpać papier. Najpierw zebraliśmy masę celulozową z odpowiedniego zbiornika do charakterystycznego sita, z malutkimi wzorkami i wypustkami. Przykładowo, na tym widniał portret świętego Piotra, patrona miasteczka. Masę odsączano za pomocą maszyny, o nacisku kilku ton na centymetr kwadratowy (!) i dalej nakładano ręczniki. Papier musi wyschnąć. W trakcie tego zwiedzaliśmy obiekt. Nikt nie myślał, że tak codzienne zajęcie, może być tak ciekawe. Dowiedzieliśmy się wielu niezwykłych rzeczy. Każdy mógł obsłużyć stary młyn. Podróż w stronę Dzierżoniowa minęła tym razem w sporej ciszy, musieliśmy odespać wycieczkę, ponieważ była dopiero godzina siedemnasta, a my chcieliśmy jeszcze się spotkać. Naszym gościom bardzo przypadły do gustu obiekty, jakie tego dnia zwiedziliśmy, wypowiadali się na ich temat w samych superlatywach i wyrazili chęć powrotu do tych miejsc. Goethe byłby dumny!

W czwartek 13 października pojechaliśmy wraz z naszymi znajomymi na wycieczkę do Wrocławia. Spotkaliśmy się ze wszystkimi o godzinie dziewiątej. Do naszej grupy dołączył przewodnik. Razem pojechaliśmy do Wrocławia. Podróż minęła bardzo szybko, ponieważ długo rozmawialiśmy. Wiedzieliśmy, że to nasz przedostatni dzień razem i musieliśmy go dobrze wykorzystać. We Wrocławiu przywitało nas zimne powietrze i silny wiatr. Nie przeszkodziło nam to jednak w realizacji planu. Pierwszym przystankiem to Ostrów Tumski, który przez wiele lat był siedzibą biskupią. Powstawały tu piękne ogrody z uroczymi fontannami, ale przede wszystkim – zabytkowe kościoły. Nasza grupa zwiedziła dwa z nich; rzymskokatolicki, gotycki kościół pw. Jana Chrzciciela, w którym podziwialiśmy jego piękne wnętrze i poznawaliśmy w szczegółach kolejny obiekt to kościół pw. Najświętszej Maryi Panny na Piasku. Największym zainteresowaniem cieszył się most miłości, kiedy szliśmy do kościoła na Piasku. Nasi goście byli pod wrażeniem, widząc ilość kłódek zawieszonych na moście. Następnych przystankiem był Uniwersytet Wrocławski, który został założony w 1702 r. Podziwialiśmy wnętrze uczelni, ale głównym celem była barokowa aula Leopoldina. Przewodnik opowiedział nam o każdym szczególe tej sali, każdym malowidle i symbolach, które są na nich przedstawione. Kolejnym przystankiem był rynek. Jednak po drodze czekała na nas jeszcze jedna atrakcja. Wrocławskie jatki. Początkowo w średniowieczu handlowano tam mięsem. Z czasem jatki zaczęły pełnić funkcję domów mieszkalnych. Siedzibę swoich galerii sztuki oraz pracowni artystycznych mają tam również jedni z najlepszych wrocławskich artystów. Część lokali przeznaczono na sklepy z materiałami malarskimi, tkackimi i papierniczymi. Pomimo mijających lat miasto Wrocław stara się, aby uliczka zachowała swój urok. Następnie zwiedziliśmy rynek. Przewodnik opowiedział nam tylko o kamienicach i ratuszu. Po opowieści nastąpił moment, na który wszyscy czekali. Ogłoszenie czasu wolnego przez naszych opiekunów. I tak otrzymaliśmy 2,5 godziny, które większość spędziła w Arkadach Wrocławskich na zakupach. Po zakończeniu wszyscy spotkaliśmy się pod ratuszem i udaliśmy się w drogę powrotną do domu.

 Dnia 14 października 2011 r. zakończyła się wymiana niemiecko – polska i nadszedł czas pożegnania naszych gości. O godzinie 11.20 nastąpiła zbiórka pod I LO, a następnie wyjazd na wrocławski dworzec. Niektórzy uczniowie pożegnali się już pod szkołą inni postanowili rozstać się dopiero na dworcu. Droga minęła bardzo szybko i już o godzinie 13 ostatecznie należało się pożegnać. Wszystkim pozostały miłe wspomnienia z chwil, których na pewno nigdy nie zapomną.

szkoła ponadgimnazjalna